fbpx

„Oto spowiedź prymitywa” – recenzja debiutanckiej płyty Sebastiana Fabijańskiego

Kiedyś ciśnięto po youtuberach, chcących zostać raperami. Teraz najwyraźniej przyszła pora na lincz aktorów, którym zachciało bawić się w muzyków. Czy słusznie? Ciężko jest oceniać całą grupę, jednak w przypadku tej osobistości, czasem trudno powstrzymać się przed napisaniem kilku gorzkich słów. Jest to człowiek związany głównie z aktorstwem, obecnie również muzyką, a także uznaje się go za naczelnego fana twórczości Quebonafide. Niestety okazało się, że z debiutancką płytą nie jest równie dobrze, co z jego karierą filmową. Mowa oczywiście o Sebastianie Fabijańskim, przychodzącym do nas z debiutanckim materiałem o tytule Primityw.

Obejrzałam kilka produkcji z udziałem Fabijańskiego, a jego istnienie nieszczególnie mi przeszkadzało. Szczerze mówiąc, od początku miałam do niego (jako zwykłego człowieka) podejście ambiwalentne. Niemniej jednak, zaciekawił mnie fakt, że persona pochodząca z polskiego show-biznesu pragnie wbić się z buta w środowisko rapowe, i co lepsze – zostawić po sobie ślady na dłużej. W wywiadach można było usłyszeć, że aktor lubuje się raczej w utworach nagrywanych przez starą szkołę oraz dowiedzieć się, że płyta zostanie wydana pod szyldem Asfaltu. W trakcie zapowiedzi swojej muzycznej kariery budował wizerunek buntownika pełnego złości, a nawet osoby, której jakakolwiek promocja zbytnio by nie obeszła. Czy finalnie tak wyszło? Cóż, chyba nie do końca…

Zalet tego albumu jest… niewiele

Chętnie zajmę się najpierw zaletami tego albumu, których jest niestety mniej. Produkcja, fakt faktem, wypada bez zarzutów. Przy płycie Pezeta wspominałam już, że Auer naprawdę posiada niemały talent do tworzenia futurystycznych, elektronicznych podkładów. Oczywiście po przesłuchaniu Primitywa dalej podtrzymuję swoje zdanie. Równie dobrze brzmi muzyka, wychodząca spod ręki LOAA, którego poznaliśmy przy masie innych projektów, nie tylko stricte rapowych. Każdemu z producentów tego albumu niezaprzeczalnie należą się oklaski, bo stanęli oni na wysokości zadania, niemniej jednak bardzo szkoda mi tego, w jaki sposób ich muzyka została zmarnowana. Podejrzewam, że niejeden mainstreamowy raper wykorzystałby bity pochodzące z „Nieaktualne”, „Bezkrólewia” czy „Yin Yang” w o wiele lepszy sposób (to akurat dosyć smutne). Szczególnie za to zdziwiły mnie newschoolowe dźwięki, bo jak dobrze wiemy, autor tego materiału chciał zachować esencję prawdziwego hip-hopu. Niezbyt się udało, ale stanowi to jednak zaletę całego albumu.

fot. Filip Zwierzchowski

Na duży plus z pewnością wyszła również promocja. Może niekoniecznie w opinii ludzi, jednak dla samego artysty owszem. Facet rozpoczął ją niewinnie, od paru dość niekorzystnych wypowiedzi, zawierających pstryczki w nosy newschoolowych młodocianych raperów, a przede wszystkim najbardziej mainstreamowego polskiego gracza. Mimo wszystko, największy rozgłos zyskał właśnie dzięki samemu Quebonafide, który rzucił kilka nie do końca przyjemnych słów na temat aktora w „SZUBIENICAPESTYCYDYBROŃ”. Lawina wyśmiewania Fabijańskiego ruszyła. Po wyjściu kawałka oraz płyty Grabowskiego, Sebastian pojawił się w HejtParku, z wizerunkiem wykreowanym na podobieństwo Que, udając „brata” Romantic Psycho i jednocześnie parodiując Kubę. Całą sytuację świetnie opisał mój serdeczny kolega z redakcji (link znajdziecie tutaj), więc nie ma sensu, by dłużej się nad tym rozwodzić, jednak było to totalnie żenującym zagraniem. Po występie, jak wszyscy wiemy, wylała się oczywiście druga fala krytyki i absolutnie nikogo to nie dziwiło.  Z pewnością obyłoby się bez tego marnego popisu, po którym pozostał głównie niesmak. Wszyscy mieli nadzieję, iż na tym ten śmieszny i bezsensowny beef (chociaż to nawet za dużo powiedziane) się zakończy. Nic bardziej mylnego! W tracku „Dirty Dancing” znowu przewija się temat ulubieńca naszej rodzimej sceny, oczywiście przedstawiając go w niezbyt korzystnym świetle. Panie Sebastianie, zdecydowanie pora znaleźć nowy punkt zaczepienia!

Rycerz polskiej rapgry spada z siodełka

Co do muzykalności samego Fabijańskiego, to niewiele mogę powiedzieć, bo ona praktycznie nie istnieje. Gdyby nie różniące się od siebie podkłady muzyczne, które w jakiś sposób ratują ten album. Można byłoby pomyśleć, że to jeden, trwający ponad godzinę utwór. Flow jest dosyć monotonne, słucha się tego bardzo ciężko i nie ukrywam, że przy pierwszym odsłuchu tej płyty musiałam robić przerwy, bo było to najzwyczajniej w świecie męczące. Co z liryką? Otóż jest to materiał o wszystkim oraz o… niczym. Krytykowanie social media, celebrytów czy istniejących trendów nie służy niczemu dobremu, a hipokryzja sięga zenitu podczas niepochlebnych wypowiedzi o świecie medialnym, do którego sam przynależy. Dodatkowo, ciągle przewija się motyw bycia niechcianym dzieckiem polskiego hip-hopu. Permanentny narcyzm oraz przedziwna chęć zbawienia tej nieszczęsnej sceny to równie często powtarzające się elementy. Myślę, że nikt aż tak nie przeżywałby obecności jakiegokolwiek aktora na scenie hip-hopowej, gdyby nie wspominał on o tym niemalże za każdym razem – czy to w muzyce, czy w udzielanych wywiadach. Sebastian niestety nie stał się ratunkiem dla polskiego rapu przez pójście w „rootsowe” klimaty, jak wspomniał w jednej ze swoich wypowiedzi.

Krótko już podsumowując “Primitywa” – nie jest on najfajniejszą i najprzyjemniejszą płytą wypuszczoną w tym roku. Miałkie wersy, będące zbiorem obserwacji życia na przestrzeni ostatnich paru lat życia w show-biznesie, w mojej opinii nie czynią tego albumu jakkolwiek ciekawym. Producencko materiał wypada jak najbardziej w porządku, jednak całokształt nie broni się aż tak dobrze. Do płyty nie wrócę, bo to zupełnie nie mój lot, ale przez odsłuch już po części wiem, co nie podobało się odbiorcom przed jej wydaniem. Ego Fabijańskiego prawdopodobnie mogło przysłonić mu jakiekolwiek chęci bawienia się formą, głosem czy chociażby liryką. Przez co w innym przypadku może wyglądałoby to inaczej, niż jak potrzeba zbawienia polskiej sceny.

Zeen is a next generation WordPress theme. It’s powerful, beautifully designed and comes with everything you need to engage your visitors and increase conversions.

Więcej?
Santa Salut i Las Ninyas Del Corro – damski rap prosto z ulic Barcelony