fbpx

O raperze, który rapuje — KęKę „Siara” RECENZJA

Recenzent ostatni kontakt z muzyką Kękiego miał na jego koncercie w styczniu 2020, gdzie ów dziennikarzyna bawił się naprawdę przednio, nie zważając na momentami kulejący technicznie rap. Dziwnym by więc było, gdyby recenzent nie oczekiwał przynajmniej dobrej zabawy przy odsłuchu SIARY. Tymczasem musi wprowadzać narrację trzecioosobową do wstępu, żeby coś się ciekawego wokół tej płyty wydarzyło.

fot.: Kamil Strudziński (IG: @kamil_strudzinski)

Zwycięskiego składu się nie zmienia?

Z jednej strony ja to rozumiem. KęKę uparcie stoi po stronie raperów, którzy wolą być krytykowani za brak innowacji, niż na podstawie argumentum ad „wkurwiony Quebo z Eklektyki wróć”. Nie wprowadza zbyt wielu udziwnień, nie zmienia flow, nie urozmaica zbytnio swojej muzyki — zdaje się tego nie potrzebować. Nawija te swoje realtalki lekko wyluzowanym, ale pewnym siebie, charyzmatycznym głosem i — a niech mnie! — zdarza mu się robić to tak dobrze, że ma się wrażenie, że to jedyny w Polsce raper, który potrafi rapować.

Muszę to jednak głośno napisać, bo postąpiłbym wbrew wyznawanym przeze mnie wartościom w rapie: pomimo szczerości, wylewającej się z każdej linijki Siary; pomimo rzadziej lub częściej wprowadzanych prób zmiany flow czy schematu rymów; pomimo, że ten album, bez dwóch zdań, jest o czymś — nie są to stadiony świata, a wszystko brzmi znajomo. Wszyscy wiemy jak KęKę zarapuje, że prędzej czy później i tak zacznie dukać sylaby, intonować końcówki w swój charakterystyczny sposób, że jego refreny będą raczej proste, starające się być rytmiczne, a nie melodyjne.

Jest to rap, nie ma wątpliwości

Fakty są takie, że albumem kompletnym SIARA nie jest. Bóg mi jednak świadkiem, że jestem daleki od skreślania tej pozycji tylko z powodu niesymetrycznie napisanych tripletów albo nierównych podbitek. Możecie mnie ganić za zachowawczość, ale nie nazwę tej płyty słabą, choćbyście pokazali mi idealne kopie numerów z niej na poprzednich projektach. Zalecałbym również Wam, którzy dopiero do odsłuchu się zabierają, abyście nie patrzyli na ten album przez pryzmat techniki. Przyjmijcie mankamenty autora jako fakt dokonany, a nie wadę, a gwarantuję Wam, że w kilku momentach dacie się zachwycić.

fot.: Kamil Strudziński (IG: @kamil_strudzinski)

Bo przecież znakiem firmowym Radomianina nigdy nie były przyspieszenia i sekwencje wielokrotnych rymów. Tu zawsze chodziło o szczerość i charyzmę. A tych mamy tu zdecydowanie na pęczki. SIARA to album bardzo autobiograficzny. Momentami wylewa się z rapera tęsknota za czasami, kiedy jednak było łatwiej — „Moja gwardia” z sympatycznym motywem wymieniania realnych znajomych, „Beztroskie dni”, gdzie wprost rapuje: „Przysięgam, spokojniejszy sen miałem na zasiłku”. Innym razem ochoczo bragguje, i to nie w stylu znanym z niektórych trapowych wynaturzeń, opartym na złożeniu na tyle ciekawego wordplay’a, żeby przykryć nim plecenie totalnych bzdur i fałszywy flex. Siara po prostu mówi, co u niego.

Możesz se przerabiać tony kobiet, co dzień z inną lecieć
Tu nikogo tu nie rusza ziomek, każdy swoje przeszedł

Niezłe to tematy, przyjemnie się o nich słucha. Jednak tym, za co najbardziej doceniam SIARĘ zostają zwrotki odwołujące się do walki autora z alkoholizmem, zawierające refleksje na temat patologii, z której udało mu się uciec. Okazuje się bowiem, że nie ma znaczenia długość abstynencji, wciąż zdarzają się mu chwile zwątpienia, gdy zostając sam w mieszkaniu zaczyna szukać tabletek. To właśnie takie numery jak „Nadal jestem tu”, „Legenda”, „Jednorożec” czy „Moje miasto” stanowią o sile tego albumu. Otwarcie się przed słuchaczem zawsze prowokuje nawiązanie z nim więzi, nawet jeśli nie podziela wspomnień artysty. Przedstawienie tego wszystkiego kawonaławicznie, w bezpośredni, znany fanom KęKę sposób, tylko potęguje tę relację.

Ja nie wiem, czy mi się ten album podoba

Nie włączyłbym najnowszej płyty Kękiego dla przyjemności. Nie jest to rap dla mnie, brak tutaj ciekawszych zabiegów lirycznych niż porównanie trzeźwego ojca do jednorożca. Bity nie takie, bo znowu są to Sergiuszowate, „ładne”, mdławe trapy, parę afrotrapowych wstawek, oraz dwie próby obowiązkowego w tym sezonie podejścia do drillu, które dobitnie pokazują, że nie warto zawsze podążać za modą. Zdarzają się numery zupełnie niepasujące do konceptu autobiografii — próbujące być zaangażowanymi społecznie zbiory truizmów lub totalnie obrzydliwa „Smutna prawda”, nagrana na bezpłciowym truskulu pod pianinko, z konceptem i rapem, jaki dostawalibyśmy na Instagramie Sajko z prośbą o opinie, gdybyśmy mieli Instagrama w czasach, kiedy taki rap był, niestety, modny.

fot.: Kamil Strudziński (IG: @kamil_strudzinski)

KęKę przyzwyczaił nas też do tego, że na każdej płycie miał kilka hitowych singli, które jakoś tam ocieplały wizerunek całych albumów w moich oczach. Tym razem żaden numer nie wybija się w tej kwestii, wydaje mi się, że nie zapamiętałem też żadnego refrenu, a jeśli już, to był to komicznie wykonany „Tryb ON” (trybON ON ONNNN). Dopinając klamrę: dla przyjemności bym tej płyty nie włączył. Dla emocji, refleksji i historii? Prędzej.

Jak widzicie, dużo łatwiej mi wymieniać wady projektu. Mam wrażenie, że jeśli już są tu jakieś mocne strony, to należą one do Siary, a nie SIARY. W niektórych momentach odsłuchu można odnieść wrażenie, że słuchamy zdziadziałego odcinacza kuponów, który odbębnił 12 numerów bez żadnej zajawy i pomysłu na nie. W niektórych momentach jednak recenzent rozumie dlaczego 23 tysiące osób były w stanie w ciemno zaufać w jakość albumu kupując preorder.

  1. Dla mnie niż KęKę to już bardziej WęTę (wspaniał tata) co 2 kawałek z serii …. synu dam ci to dam ci tamto rób tak rób srak …. kasus Quebo ten sie podjarał Nati Sz. A ten ciągle nawija o synach jakich to nie ma wspaniałych rad… strasznie nudnu album odsłuchałem i tyle

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Zeen is a next generation WordPress theme. It’s powerful, beautifully designed and comes with everything you need to engage your visitors and increase conversions.

Więcej?
Nie najgorsza kontynuacja – recenzja ,,Trapped On Cleveland 3”