fbpx

Akademia Sztuk Przeciętnych. Recenzja Avi x Louis Villain „Akademia Sztuk Pięknych”

Paradoksalnie przeciętność to najgorsze co mogło się przytrafić temu albumowi. W końcu tworząc sztukę, Avi i Louis chcą wywołać u odbiorcy jakieś emocje. Bez znaczenia czy pozytywne, czy negatywne. Stwierdzę nawet, że to właśnie ich wywoływanie jest jednym z ważniejszych czynników wpływających na to,  czy z płytą zostanę na dłużej. Nawet jeśli dzieło jest żenujące, obrzydliwe albo zwyczajnie złe, to i tak niewykluczone, że zbierze ono wokół siebie rzeszę fanów, którzy mniej lub bardziej świadomi jego poziomu, będą do niego wracać choćby w formie guilty pleasure. Dotyczy to nie tylko muzyki, ale także, każdej innej dziedziny sztuki (przykład kultowego już filmu – The Room). No właśnie, a co jeśli sztuka jest bezpłciowa lub po prostu średnia? Wtedy odchodzi w zapomnienie.

Tak, to album Aviego i Louisa

Zacznijmy od tego, że jest to album Aviego i Louisa Villaina. To było słychać już na samych singlach. Po pierwszym z nich, czyli „Evviva l’arte”, z pewnością odpowiedziałbym na pytanie, zadane w ostatnim wersie „Prologu”, twierdząco. Panowie wrócili po prawie dwuletniej przerwie i podarowali słuchaczom typowy Avi & Louis Villain type track. Trochę o sztuce, trochę o pogoni za sukcesem, trochę o innych rzeczach. Czy mi to przeszkadzało? Właściwie to nie. Oczywiście mocno spłyciłem treść wspomnianego numeru, a niektóre zabiegi stylistyczne, często orbitujące wokół artystycznej nomenklatury, są naprawdę godne podziwu. Również już po odsłuchu całego albumu, łatwo zauważyć, że „Niech żyje sztuka” nie został wybrany na pierwszy singiel bez powodu. Podobnie jak „Evviva l’arte” Kazimierza Przerwy – Tetmajera było hymnem cyganów młodopolskich, tak utwór raszynianina stanowi niemalże manifest Akademii Sztuk Pięknych. Album, jak zapowiadali autorzy, ma stanowić swoisty „hołd dla sztuki”, a taką samą funkcję spróbował objąć promujący go singiel. Nieco mu umniejszając, mógłbym go nazwać wręcz demem ASP, które pomnożone razy dwanaście (nie wliczając „Prologu” i „Epilogu”) dało nam wyjątkowo nudny iloczyn. Okazuje się, że Akademia Sztuk Pięknych to zbiór kilku dzieł, o których to kurator sztuki mógłby prowadzić niekończące się monologi, lecz ich prawdziwym zadaniem jest odwrócenie uwagi widza od licznych replik, powielanych wzorów i schematów.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z Instagrama Aviego (@avi_sycylijczyk). Autor nieznany

Miało wyjść dobrze, a wyszło… różnie

Zacznijmy jednak od początku. Panowie zastosowali na swoim krążku bardzo udaną klamrę kompozycyjną. Niezwykle klimatyczne intro oraz outro albumu, czytane przez Jakuba Wieczorka, doskonale spaja całość płyty. No właśnie, ale czy całość jest rzeczywiście spójna? Brzmienie i produkcje Louisa na pewno. Tekstowo jest różnie. Jak wspominali autorzy miał to być „hołd dla sztuki”, ale czy tak jest? Właściwie to zależy. Jeśli ten hołd miał być oddany poprzez wychwalanie sztuki lub podkreślenie jej roli w życiu obu muzyków, to nie. Jeśli miał on polegać na stworzeniu płyty bogatej w liczne środki stylistyczne czy literackie zabiegi przypominające chociażby te z wierszy Leopolda Staffa, to też nie. Nie zrozumcie mnie źle, gdyż one się jak najbardziej pojawiają, ale tutaj znowu najwięcej z nich znajduje się właśnie w „Evviva l’arte”. Ponadto motywy Tonyego Soprano, Michała Anioła, Prometeusza, czy innych postaci mających związek ze sztuką,  zostały wykorzystane dosyć powierzchownie. Każda z nich pojawia się w dosyć prostym porównaniu nawiązującym do charakterystycznej rzeczy związanej z daną osobą. Tutaj pewnie (jak na słuchacza polskiego rapu przystało) zapytacie: „A do czego, do chuja, miało nawiązywać?”. Nie wiem, może tylko ja tak mam, ale jak nazywasz kawałek „Soprano” to liczysz jednak, że autor wykorzysta ten motyw nieco ambitniej niż w wersach:

Śmigam po chacie jak Tony Soprano […] Jestem głową rodziny jak Tony Soprano

To może się wydawać absurdalne, ale nie jest to jedyna postać, która:

a) nosi szlafrok

b) jest głową rodziny

i pochodzi z kinematografii. „Rodzina Soprano” jest całkiem długim i bogatym w motywy serialem, jednak autorom wystarczyło, że nazwisko głównego bohatera rymuje się ze słowem „kolano” (tak, naprawdę pojawia się taki rym). Niestety w tym wypadku pozostaje jedynie niedosyt i świadomość zmarnowanego potencjału wspomnianego tracku. Zostając jednak przy samych rymach to są one, ponownie, różne. Różne nie pod względem ich rodzaju, a jakości. Zarówno Avi, jak i Louis potrafią zarzucić pięknym, złożonym, często polegającym na grze słów, rymem, by potem zaserwować słuchaczowi tak zwaną częstochowę, której nie powstydziłby się sam Nagły Atak Spawacza, gdyby „Anty Liroy 2” miał racje bytu.

To co dobre

Treścią płyty zajmę się na samym końcu, a teraz przejdę do całej reszty. Louis Villain to najjaśniejszy punkt tego krążka. Nie chodzi już o same produkcje, które zawsze stały na przynajmniej solidnym poziomie, ale głównie jego ciągle rozwijające się umiejętności raperskie. Wiadomo, nie jest to jeszcze najwyższy poziom, ale bardzo podoba mi się fakt, że z płyty na płytę coraz więcej udziela się on także na mikrofonie. Stwierdzę nawet, że na „AMG”, producent wypadł znacznie lepiej od „wspólasa”, a jego zwrotka na „Toaście” to prawdopodobnie najlepsze wersy jakie usłyszymy na całym krążku. Podobnie jest z gościnkami. Zarówno Kabe, Ero jak i Pezet bardzo dobrze wpasowali się w klimat albumu. Osobiście uważam, że najgorzej wypadł Onar, ale w stosunku do niego nigdy nie pałałem szczególną sympatią. Nie bez powodu nie wspomniałem o Sariusie, gdyż to według mnie najlepszy feat na całym krążku, a takiego śpiewającego Mariusza mógłbym słuchać godzinami. Sam „Apollo” to mój zdecydowany faworyt z całej Akademii Sztuk Pięknych.  Być może to przez refleksyjną wymowę, przypominającą tę z „Jutra” Lordofonu, a być może to zwyczajnie dobry numer. Wcześniej zasugerowałem, że ASP może mieć problem z wzbudzaniem u słuchacza emocji, jednak tutaj muszę zwrócić honor autorom Spisu Dzieł Sycylijskich i śmiało mogę stwierdzić, że dawno żadne wersy, tak jak te poniższe, nie sprawiły, że zrobiło mi się tak dobrze na serduszku:

Wziąć na spacer psa ze schroniska
A gdy ten poda łapę, serdecznie ją uściskać

To co złe

Przejdźmy jednak do tematyki płyty. Jak już ustaliliśmy, ciężko nazwać najnowszy krążek Aviego i Louisa „hołdem dla sztuki”. Teoretycznie moglibyśmy uznać, że tworząc jakąkolwiek sztukę poszerzamy jej granicę, dodając zawsze coś od siebie lub wręcz nawiązując do dorobku kulturalnego starszych pokoleń. Jednak idąc tym, nieco filozoficznym tropem, łatwo zauważyć, że na takiej zasadzie mianem „hołdu dla sztuki” można by nazwać prawdopodobnie co drugi album, obraz, film itd. Więc o czym jest ASP ? O tym samym, co każdy przeciętny hip-hopowy twór wydany w przeciągu ostatnich 5 lat. Właściwie cała problematyka płyty oparta jest na tym, że panowie mieli ciężko, było dużo wódy, pochodzą z specyficznego środowiska, a teraz nie jest idealnie, ale w sumie to już git. I nie miałbym z tym żadnego problemu, gdyby Akademia Sztuk Pięknych nie starała się być, bądź nie ocierałaby się o zostanie koncept albumem o (jednym z najczęściej powtarzających się słów w tym tekście) sztuce. Tutaj wrócę znowu do wspominanego przeze mnie wielokrotnie „hołdu”, który według autorów miał być również wyrażany wobec „możliwości artystycznego wyrażania siebie”. Czy nie brzmi to zbyt pretensjonalnie? Jakby, album, zupełnie taki jak inne, próbowano nam zareklamować piękną i kwiecistą mową, sugerującą o ambitności dzieła, co w rzeczywistości mija się z prawdą. Czy potrzeba wyrażenia siebie nie jest jednym z głównych czynników przyświecającym artystom w ich procesie twórczym? Potencjał albumu był doprawdy spory, szczególnie, że zarówno Avi jak i Louis już wielokrotnie udowadniali, że potrafią w nieco ambitniejszy rap. Też chyba nikogo nie zaskoczę jeśli napiszę, że tylko niewielka garstka osób słucha ich muzyki dla s o c z y s t y c h bangerów. Tu zawsze liczyły się treść i emocje. Na swoich krążkach panowie skutecznie angażowali słuchacza, nakłaniali go do przemyśleń, wzruszali, jak i bawili, często przez błyskotliwą braggę. Jednak na trzecim LP duetu próżno tego szukać. Istnieje też druga opcja. Mianowicie te wszystkie rzeczy znajdują się również i na tej płycie, lecz po dwóch, zbliżonych do siebie stylistycznie, albumach, trzeci nie robi już na mnie takiego wrażenia. Może to właśnie czas działa na niekorzyść Akademii Sztuk Pięknych. Po dwóch długo wyczekiwanych przeze mnie krążkach, przy których mój osobisty hypetrain pędził jak błyskawica, a ostatecznie dosyć drastycznie się wykoleił i to tuż przed wjazdem na stacje (mowa tutaj o H8M5 Białasa  oraz Pleśni Guziora), nie jestem już w stanie puścić płazem wtórności ASP. Może gdybym promocję tej płyty mógł zobrazować za pomocą postu Bobera sprzed kilku dni (zdjęcie na dole) to i odczucia były by inne.

https://www.facebook.com/boberfreestyle/posts/2950210188567574

To co lepsze

W takim wypadku trzecie LP Aviego i Louisa Villaina nie jest ani złe, ani dobre. Jest po prostu średnie. Czy sprawi to, że ludzie nagle przestaną słuchać duetu, jak i innych powtarzalnych twórców, których płyty ocierają się o miano tzw. „muzyki do kotleta”? Oczywiście, że nie. Nawet ja tego nie zrobię. A czym to jest spowodowane? Cóż, pozwolę sobie tutaj zacytować fragment Rejsu Marka Piwowskiego, gdzie w jednej ze scen padają takie słowa:

Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem.

I czy mamy umysł ścisły, czy każdy inny, niezaprzeczalnym jest, że lubimy wracać do rzeczy, które już znamy. I ponownie powtórzę, ten album jest przeciętny, ale to w niczym nie przeszkadza Aviemu oraz Louisowi, by osiągnąć coś co dla nich jako artystów jest niezwykle ważne. Prędzej czy później i tak wybudują swój pomnik trwalszy niż ze spiżu. Powracając do pytania zadanego przez Jakuba Wieczorka w „Prologu” odpowiem, tak. Mimo wszystko, tęskniłem.

Zeen is a next generation WordPress theme. It’s powerful, beautifully designed and comes with everything you need to engage your visitors and increase conversions.

Więcej?
Klątwa Drake’a, czyli jak upadają raperzy wspomagani przez Aubrey’a Grahama.