fbpx

VBS „Orange Shower” – deszcz suchych pomarańczy.

Hip-hopowa branża muzyczna w Polsce zaczyna nas powoli przyzwyczajać do dobrze wyprodukowanych albumów. Z biegiem czasu można zauważyć, że fuckupy pokroju Spisu Dzieł Sycylijskich są raczej przeszłością. Poniżej pewnego poziomu technicznego, stricte rapowo, też nie wypada schodzić, by szerzej zaznaczyć swoją obecność. Wystarczy popatrzeć chociażby na graczy takich jak Miły ATZ czy Oki – pierwsze lepsze przykłady z brzegu. I mimo że omawiany krążek jest tak samo niezbyt skory do wyłamywania się z tego schematu, w końcu w tych aspektach raczej góruje – to ewidentnie coś poszło nie tak, ponieważ Orange Shower to jak sama nazwa wskazuje – prysznic. Pech chciał, że to akurat prysznic losowo zmieszanych drogich perfum, w następstwie którego ludzie z powodu intensywności zapachu przechodzą na drugą stronę ulicy.

Niewinny początek

Przeważnie na polskiej scenie hiphopowej stał gdzieś z boku. Mimo to, według mnie, był raczej jednym z tych lepiej zapowiadających się reprezentantów nowej fali polskiego podziemia. Takich, o których można było powiedzieć, że ich sufit jest wyżej niż sufit przeciętnego newcomera. Przynajmniej tak było mniej więcej 2-3 lata temu, kiedy sprawdzałem jego poczynania m.in na kanale Kstyka. W lekkim zdziwieniu zadaję więc sobie pytanie – co tutaj się właściwie stało? Chociaż z drugiej strony… mogłem się tego spodziewać.

Przyznaję, zaczęło się całkiem niewinnie. Dobrym, rockowo-trapowym bangerem z featuringiem Deysa. Charyzmatycznym, melodyjnym, chwytliwym. Fakt, niezbyt spójnym, ale w tej stylistyce ciężko oczekiwać lirycznych cudów. Ten opener zapowiadał, że otrzymam PRZYNAJMNIEJ mieszczący się w granicach tolerancji projekt, a podczas jego odsłuchu nie będę się wykręcał z ciarek żenady jak po padaczce. Oczywiście – nadzieja matką głupich i pokazała mi moje miejsce w szeregu za jakąkolwiek wiarę w polski hibob hiphop. Lecz jak to mawia stare dobre przysłowie, ,,prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna”. A jak skończył VBS? Jak jeden z tysiąca traperów nie mających nic ciekawego do powiedzenia, to na pewno. I o ile trap nie był w tej kwestii jakimś hegemonem, to potrzebował charyzmy, pomysłu na siebie, oraz magicznego słowa, znanego za granicą jako ,,delivery”, by trzymać poziom. Skończył też jak jeden z tysiąca goniących sławę. Ale goni ją na tyle bezmyślnie, że ostatecznie sprawia wrażenie desperata.

Potencjał gaśnie w oczach

Egocentryzm w rozmaitych formach był poniekąd zawsze zakorzeniony w tej kulturze. Ostatnimi czasy jednak scena przechodzi w tym samą siebie, ponieważ większość materiału, jaki do nas aktualnie dociera, to niebywale egocentryczne numery o niczym. To jest dopiero wymowne w kontekście nie samych raperów, a ludzi, którzy za tym majkiem stoją. W końcu mają swoje życie, relacje, zainteresowania – ogólnie są jego obserwatorami. A mimo to rzeczywistość wygląda, jak wygląda. Pomijając to, że większość albumu jest po prostu wypełniona rapem o rapie (w takich momentach przydałby się Oyche Doniz), mierną braggą (i Eripe), czy przeciętnymi porównaniami na generycznych trapowych bitach, to sama płyta w ogóle sprawia wrażenie, jakby jej znaczna część była przepełniona przeoranymi już przez scenę frazesami, które losowo wybrany użytkownik Sajko mógłby rozpisać na kolanie w 15 minut. I to takimi najgorszymi, pokroju ,,robię sos dla moich braci”, ,,suki mnie chcą, ale ja ich nie chcę”, ,,lecimy na szczyt”, ,,VBS to marka”, ,,rozliczam niedowiarków”. Oczywiście powtarzanych w wielu różnych formach, żeby słuchacz przypadkiem się nie skapnął, że słucha ciągle tego samego. Do tego nie można zapomnieć o ważnym (i prawdopodobnie jedynym wartym uwagi) rozdziale w życiu, z automatu stającym się tłem wielu utworów, a forsowanie którego nie kończy się zbyt dobrze (bingo!). Tutaj od razu na myśl przychodzi Szpaku czy Kizo.

A sprawa wygląda tak, że mamy do czynienia z całkiem utalentowanym młodym chłopakiem, w podziemiu zakorzenionym od dawna. Nie wspominam już o tym, że jest jednocześnie selfmade oraz ma zapewne jeszcze parę innych asów w rękawie. Ma w sobie też jakieś trueschoolowe zacięcie, mimo zupełnie przeciwnej stylistyki. Lecz to co wyszło spod jego ręki, brzmi wręcz jakby wyszło z rąk przeciętnego industry planta, którego zamiarem jest przede wszystkim odcinanie kuponów. Przyznam szczerze, patrzenie na to jest dosyć przykre.

Chorobliwa przewidywalność

Pora zagłębić się w szczegóły. ,,WDM” jest bezbarwnym, generycznym trapem z niebywale braggowymi elementami, takimi jak refren ,,Wiki dobra marka / QueQuality to gwarancja że to bangla”, który szczerze mówiąc, mógłby być równie dobrze wymyślony przez dział social mediów przeciętnej korporacji, nie umiejącej w internet. ,,Flip’n”, dla odmiany, to zdecydowanie trzeci najlepszy moment na Orange Shower. VBS stylowo płynie po swoim bicie, a owy instrumental swoją drogą też jest jednym z lepszych na albumie, ma w sobie jakiś polot. Lecz co najważniejsze – V trzyma się myśli i konceptu dłużej niż 15 sekund. Można się czepiać pojedynczych wersów, ale mieści się to wszystko w granicy tolerancji. No i też nie widzę sensu w kopaniu leżącego, wypisując teraz referat o tym, że ludzie raczej powinni nosić to co im się podoba, wbrew myśli eliciarskich skaterskich środowisk.

okładka Orange Shower

Tracki takie jak ,,AsianSweetChilli” z dziwnym fetyszem rasowym, wypadałoby może przemilczeć. Chociaż to też nic w porównaniu z ,,5DM”, opowiadającym (a może to za duże słowo?) o tym jak raper, który solowo nigdy nie przekroczył miliona wyświetleń na YouTube, chwali się PORAŻAJĄCĄ ilością 5 (słownie pięciu) fanek na DMach po feacie z Trill Pemem. I to osiągnięcie na tyle godne (vide zwrotka Białasa na singlu H8ME), że należy o tym nagrać kawałek. Brawo – to chyba autoironiczny peak polskiego rapu. Ten zjazd to tendencja stała, bo wjeżdża ,,Check ID” z wyżej wymienionym. Nawet niebywale chwytliwy refren, pokazujący potencjał muzyczny VBSa, nie daje rady uciec od przykrej rzeczywistości, w której z każdą następną sekundą czuję, jakbym miał zaraz strzelić sobie z gnata w łeb, przy wersach pokroju ,,Koło mnie jest moja bejbe / Ale podam cię ziomowi, który weźmie cię na sto sposobów / W biurze, w domu, chcesz się ahh, pokaż dowód / Jestem jednym z tych powodów czemu panny tracą rozum (wo)”. O kunszcie Trill Pema w materii pisania oporowo buraczanych wersów, godzących w umysł każdego, kto ma więcej niż dwie szare komórki nie wspominając.,,Tupac” postanowił jednak przełamać wszelkie stereotypy i jest o dziwo niesamowicie płaski brzmieniowo, co sprawia, że nie chce się za bardzo tego słuchać. Sama treść, wypełniona strzelaniem w niebo też nie pomaga przy tym muzycznym doznaniu.

,,TommyCash” to kolejny kawałek o hajsie do zapomnienia w 15 sekund, lecz to tylko cisza przed burzą. Burzą, jaką jest utwór pod tytułem ,,SKINNYWHITE”, z legendarnymi wersami takimi jak ,,Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie mam dziar / Młody V to biały murzyn / Skinny, skinny, skinny white”. I jest to w sumie zabawne, mając z tyłu głowy aferę ze Szpakiem i jego follow-up do Bobbyego Shmurdy w ,,Huśtawce” Chillwagonu. VBS już sugerował, że ma rzeszę fanek, a w ,,Tupacu”– ,,słyszy na ośce kto to ten VBS”. Minął już 5 dzień od premiery, a niestety, Wiktor chyba nie ma co liczyć na własne #overparty. Bywa.

Konkluzja

Jasne strony oczywiście istnieją. ,,Dobranoc” z Bonsonem to ostatni utwór na płycie i trzeba przyznać, że trzyma poziom, którego mniej więcej oczekiwałem przed odsłuchem. Oldschoolowe zacięcie, chwytliwy refren, temat nałogów, pasujący i dobry gość + zaskakująca solówka na koniec. Można? Można. Niestety 2-3 przebłyski ponadprzeciętności na album to za mało i w tym wypadku największym plusem chyba jest to, iż mamy do czynienia z krótszym, 30 minutowym materiałem, a nie godzinną bułą. I chwała bogu za to, bo to najbardziej generyczny krążek o byciu raperem, jakiego słuchałem. A jako iż żywot przeciętnego rapera jest schematyczny i mało interesujący (bo to widać w tekstach), to potem dostajemy takie zgniłe owoce.

W 2020 roku to płyta z kategorii ,,jedna z wielu”. Wszyscy już słyszeliśmy identyczne rzeczy. I słyszeliśmy ich już zdecydowanie za dużo. To jest dopiero tragedia w kontekście kierunku, jaki obrało młode pokolenie raperów.

1,5 małpy.

Zeen is a next generation WordPress theme. It’s powerful, beautifully designed and comes with everything you need to engage your visitors and increase conversions.

Więcej?
WIGILIA W KWIETNIU!