fbpx

Jak wyprzedzić scenę i zgubić się w świecie popu – droga Smolastego do „Ghetto Playboy”

Jest 2015 rok – polski rap przeżywa rozkwit, nie mowa tu o takich klasykach jak Eklektyka, debiut Knapa, cozamixtape Kubana czy o perłach Venoma. Podczas gdy niuskul na dobre zadomawia się w naszym kraju, Alcomindz, MHM, Kaz Bałagane, Pikers już od paru lat lat przedstawiają trap w nadwiślańskim wydaniu. Z początku sceptycznie przyjmowany styl, zaczyna wreszcie zalewać nas falami. W tym samym roku warszawskie bloki wydają na świat prawdziwą perłę – Lot 022, wyprodukowany w pełni przez Smolastego, zarapowany przez Kaza Bałagane. Po dzień dzisiejszy dla wielu to jeden z kamieni milowych w historii naszej sceny. Po dzień dzisiejszy dla mnie to najbardziej warszawska płyta, która brud i ciemne zakamarki miasta przekazała w pozornie ciężkostrawnej, ale niesamowicie inspirującej pigułce.

Jak pokazać Polsce co to znaczy „styl”?

Bałagane, Smolasty, Malik Montana, Sentino, Diho czy Pikers wchodzili do polski ze stylem nie tylko słyszalnym w wersach i formie nawijki, ale też z imagem jaki wcześniej był niespotykany. Pls, nie powiecie mi, że okres 2009-2015 kojarzy Wam się z czymś innym niż tandetne, hip-hopowe bluzy z ogromnymi napisami rodem z podwarszawskich “modowych” targów, zafitowane z obwisłymi baggy. Oczywiście to też miało swój urok, ale dużo o tych czasach mówi to, że szczytem stylu był krokodylek Lacoste na rozpiętej polóweczce, lekko już zresztą zmehaconej i poza takie “premium” marki rzadko kto wykraczał. To naprawdę może być pozornie banalne stwierdzenie, ale samym wyglądem ww. garstka budowała swój image i wnosiła do polski niespotykane wcześniej trendy, znane nam wtedy tylko z klipów zachodnich raperów. Nazwy marek z najwyższych półek dziś nie robią na nas wrażenia i prawdopodobnie każdego dnia dobijają się do naszej świadomości, wtedy jednak młody polski słuchacz robił wielkie oczy. Tamta garstka to była definicja stylu i popchnięcia sceny do przodu na tej płaszczyźnie – serio, w dużym stopniu oni pokazali przyszłemu pokoleniu “traperów” jak trzeba się ubierać i jak ważny jest wizerunek.

Smolasty rok po producenckim debiucie zaliczonym na Locie 022 wypuszcza mixtape “Mr Hennesy”. Z całym szacunkiem dla Pablo Novacciego, bo respekt za dokonania na zawsze, ale to przy odsłuchu tego mixtape’u pierwszy raz stwierdziłem, że takiego stylu w Polsce jeszcze nie było, że ktoś przeciera u nas szlaki takiego nurtu r&b i to mainstreamowo, świeżo brzmi. Chyba idealnie poziom tego oddaje prosta obserwacja – na polskiej scenie od tamtej pory nikt nie zrobił lepszego materiału w takim klimacie, które byłoby brudne i skupione wokół ulicy, kobiet, hajsu, alkoholu, seksu i narkotyków. “W Moim Typie” czy “W Planach” to ponadczasowe bangery, każdy kto kumał ten styl czekał na kolejne kooperacje Smoły z Bałagane, Białasem czy Malikiem. Do tego wszystko było okraszone tymi grafikami rodem z Ameryki. To jako całokształt kipiało zajawą – w końcu ktoś kumał zachód i przenosił go na polskie warunki.

Smoła produkował Mr Hennesy wspólnie z Olkiem, który zalicza się do grona najbardziej wszechstronnych producentów z Polski. W tamtych latach najbardziej Waca trzymało się określenie “człowiek refren” i o ile jeśli chodzi o mocny, szorstki i bardziej “krzyczany” styl było one trafne, to najbardziej melodyjne i świeże refreny były dziełem Smoły. Kariera postępowała, czego dowodem była szansa w Warnerze. I ten kontrakt z majorsem zaczął go prowadzić mainstreamową ścieżką w kierunku blasku fleszy, graniu dla tłumu małoletnich fanek i powolnemu, stopniowemu “osładzaniu” wizerunku. Zresztą to już jest zauważalne na “Jestem, Byłem, Będę” EP, które chociaż nadal nie straciło na świeżości, to widocznie nie miało już pazura i zacięcia.

Czerwony dywan uzależnia

Stopniowo z projektu na projekt wydawanego w Warnerze, stawał się coraz większym produktem obdartym z tego, co połączone z jego stylówą gwiazd r’n’b było najlepsze. Stopniowo jego wizerunek przeobrażał się w bożyszcze nastolatek kojarzone z przesłodzonymi lovesongami od których aż mdliło. Co ważne – wytwórnia nigdy w to nie ingerowała. Celowo użyłem stwierdzenia “jego wizerunek”, żeby nie odnosić tego procesu bezpośrednio do jego osoby, bo chociaż może być to na pierwszy rzut oka niezauważalne, to pozostał cały czas tym samym wyrwanym z blokowiska gościem, trzymającym się niezmiennie z tymi ziomami z którymi dorastał. Czy którykolwiek inny raper wtedy był podpisany w majorsie? Nie. To w przypadku Smolastego robiło prestiż, w pewnym sensie stało się jednak jego cyrografem, bo miał do wyboru albo odrzucić ten kontrakt i próbować mozolnie iść po swoje, albo dostać pitos, iść na skróty i robić tego pitosu jeszcze więcej. Pod warunkiem zrezygnowania z pikanterii i robieniu popówy. Co artysta o którym mowa wybrał, to sami już na pewno wiecie.

To nie tak, że te albumy wydane do “Ghetto Playboya” były jakieś złe, niezdatne do słuchania. Wręcz przeciwnie. One były po prostu na maksa mainstreamowe, popowe, momentami kiczowate i tandetne. Czasami człowiek zastanawiał się widząc teledyski, czy to w ogóle ten sam Smolasty, który brylował na projekcie z Bałagane i wyprzedzał polskę na trackach z Białasem i Malikiem. Poważnie, mnie to drażniło i powodowało ogromny zawód, a dopiero tak naprawdę z czasem zacząłem rozumieć tę decyzję. Bez wątpienia to jedna z pierwszych postaci w środowisku hip-hopowym, która pojawiła się w massmediach i swoją postacią przyciągała największe portale plotkarskie. W pewnym momencie to chyba stało się dla niego przekleństwem, bo pseudo-dziennikarze ingerowali w jego życie prywatne, jego związki, analizowali jego wzloty, upadki, wtopy. Czy trzeba mu współczuć? Niekoniecznie. To tylko on sam wybrał taką ścieżkę i w pewnym momencie zachłysnął się chęcią bycia „polskim Justinem Bieberem”, zapraszając młode fanki na scenę i śpiewając im swoje czułe lovesongi (co notabene nie było przecież czymś złym i niespotykanym, wręcz przeciwnie). Ksywa Smolasty była wszędzie, jednak prosta droga do pieniędzy okazała się mieć tę ciemniejszą stronę niosącą ze sobą ogromny ciężar dla psychiki. W konsekwencji prowadziła do dragów, alkoholu i szybkiego życia. W pewnym momencie z tym trzeba zerwać – Smoła przypieczętował te decyzję pójściem na odwyk.

Brak talentu czy przypięte łatki?

Szydera ze Smoły polskiego słuchacza hip-hopu w pewnym momencie aż raziła. W głowie pojawiało się przekonanie, że póki nie wróci do starej stylówy, to nici z naprawieniem swojego wizerunku. Czasami co prawda rzucał zwrotki dające na to nadzieję, ale zaraz atakował nas materiałami w tej niechlubnej stylistyce. Liczby które kręcił doprowadziły go nawet do współpracy z Robertem Gawlińskim czy Ewą Farną, ale powiedzieć, że to tylko zasługa wyświetleń, to jak splunąć mu w twarz. Bo nawet jeśli jego albumy były produktami do jakich podchodziliśmy z dystansem, to nikt mi nie wmówi, że ta muzyka była źle wyprodukowana, a jego wokal pozbawiony duszy i talentu. Wchodzenie w polemikę z jego umiejętnościami komponowania linii melodycznych, barwą głosu i umiejętnym jego używaniem, było czystą ignorancją. Jednak jak to zwykle w ukochanym hip-hopie bywa – jak piosenka się nie podoba, to znaczy, że „artysta słaby, do dupy i gimbograjek”. Bo to nie jest tak, że utalentowany artysta może nagrywać słabe płyty, i zresztą odwrotnie, całkiem przeciętny artysta wydać bardzo dobry krążek, wcaaale. Jak coś mi się nie podoba, to znaczy, że jest słabe, i chuj.

Ghetto Playboy to nie pusty slogan

Przyznam, czekałem na moment powrotu Smolastego sprzed lat nie tylko dlatego, że takiej muzyki na polskiej scenie nie ma, tylko chciałem zobaczyć jak słuchacze wracają z podkulonym ogonem. Te zjawisko zaobserwowałem przy “Tyson Fury”, który pretendował swobodnie do miana singla ubiegłego roku. To było również potwierdzenie tego, że Smoła swoje korzenie opuścił tylko w wymiarze muzycznym. „Ghetto Playboy” to zerwanie z popówą i salonami usłanymi czerwonymi dywanami i celebrytami uśmiechającymi się w atmosferze fałszu i zakłamania. Hip-hop ostatecznie zwyciężył, chociaż nigdy tak naprawdę go u niego nie zabrakło. Jego kariera mogła być poprowadzona inaczej, pewnie w dużym stopniu w przekonaniu o większej “zgodzie z samym sobą”, jednak z punktu widzenia biznesowego był to majstersztyk. To pokaz tego jak nachapać się kasy robiąc muzę pod mało wymagającą, prostą publikę złożoną w większości z małoletnich fanów, a następnie w spokoju spełniać swoje prawdziwe ambicje i marzenia. Człon „ghetto” w nazwie albumu nie jest chybiony, więc płytę należy skwitować krótkim: „misja wypełniona”. Dobrze, że wrócił. 

Zeen is a next generation WordPress theme. It’s powerful, beautifully designed and comes with everything you need to engage your visitors and increase conversions.

Więcej?
Co to jest Valorant? Najważniejsze informacje