fbpx

Polski rap wreszcie dał mi powód do uśmiechu. ,,Mr. Happy” Soulpete’a i Erkinga jest mocnym kandydatem na TOP5 tego roku.

Czekaliśmy na ten projekt nieco ponad 3 lata, bowiem 19 lipca 2017 roku ukazał się pierwszy singiel omawianej płyty – ,,O.C.O.C.H.O”. Całkiem sporo czasu, trzeba przyznać. Dopiero w marcu tego roku przerwano ciszę wydawniczą, a 9 października odbyła się premiera. Czy opłacało się tyle czekać? Dobre pytanie, przecież żyjemy w dosyć ciekawych czasach. Jesteśmy non stop bombardowani nową muzyką, a raperzy w akcie desperacji potrafią wydawać nawet po 3 krążki rocznie, by przypadkiem nikt o nich nie zapomniał. Nie wspominając już o tym, że muzyki się teraz domaga, a na przykład takiemu Guziorowi, fani od dłuższego czasu nie dają spokoju. Tymczasem duet spod znaku SoRaw wydaje się w ogóle tym nie przejmować, w końcu nie są mainstreamem. Odpowiadając na wyżej zadane pytanie – tak, zdecydowanie opłacało się czekać. Powiem nawet więcej – widać, słychać i czuć, że proces twórczy był zdrowy, a tej płycie, w ostatecznym rozrachunku, tak naprawdę nie brakuje niczego. Szkoda tylko, że prawdopodobnie w branży nikt nie wyciągnie z tego wniosków.

Serwus Pete Sampras, ten bit to rakieta!

Soulpete jakość ma wypisaną w genach, więc naturalnym jest, iż oczekiwania wobec każdego projektu są bardzo wysokie. Radzi sobie z nimi wybornie, nie spotkałem jeszcze nikogo, kto byłby zawiedziony owocami jego pracy, a osoby z drugą tak równą i dobrą dyskografią na naszej scenie ze świecą szukać. Po drugiej stronie medalu mamy rapera, który raczej w środowisku hiphopowym nie jest najbardziej rozpoznawalną postacią, prędzej outsiderem. Ale o nim jeszcze sporo sobie powiemy, bo jest o czym – więc skupmy się na warstwie czysto muzycznej. Przy nawałnicy generycznych cykaczy w ostatnich latach, wyszlifowane przez niego do perfekcji oldschoolowe brzmienie jest naprawdę świeże. Mógłbym się rozwodzić nad świetnością tych pociętych sampli, nad samym kunsztem wykonania, ale raz, że to oczywiste oczywistości, dwa, że moją uwagę przykuło coś innego. Te produkcje są o wiele brudniejsze i słychać, że to zabieg celowy. Dają nawet sporo miejsca na wokal, lecz tym samym ich lo-fi natura tworzy znacznie większą spójność. Podkłady na tym albumie w porównaniu z takim BonSoulem 2, są dla wprawnego ucha dwoma innymi światami. I dobrze, ponieważ podczas odsłuchu wykształca się podświadome odczucie, że jednak obcujemy z czymś zgoła innym, mimo podobnej stylistyki.

Nie pasuje do obrazka, bo co drugi tu wygląda jak Skepta i Dizzee Rascal

Erking wykonał kawał dobrej roboty. Cały koncept jest klarowny i jasny – ta płyta to nic innego, jak peryferie Polaka na emigracji w UK. Określenie ,,Mr. Happy” jest dosyć ironiczne, ponieważ ten album przejawia regularnie całkiem gorzkie refleksje na temat życia. Jednak wbrew różnym przeciwnościom, autor stara się nadal pozytywnie patrzeć w przyszłość. Bardzo dobrze słyszeć wreszcie kogoś, kto trzyma się myśli przewodniej dłużej niż 10 sekund, jest konsekwentny w tym co robi oraz ma coś do powiedzenia. Jest tu wszystko czego potrzeba – anegdoty, storytellingi, onelinery, humor łączony ze smutkiem, gry słowne czy odniesienia do brytyjskiej popkultury, sportu oraz języka. Potrafię sobie wyobrazić, że wiele z tych rzeczy są czymś, z czym realnie można się utożsamić, co może chwycić. Największą siłą Erkinga jest jednak luz i polot, który towarzyszy każdemu nawiniętemu wersowi, a on sam przy tym nie traci ani grama powagi. Technicznie nie ma do czego się przyczepić, a ta lekkość jest wręcz relaksująca. Szczególnie w połączeniu z refrenami, które są na większości tracków, a od których wręcz bije repeat value. Refreny ogólnie są bajką, każdy z nich ma swoje flow oraz sznyt, a trio w postaci Fiłonia, Fasoli i Bownika radzi sobie z nimi wyśmienicie. Każdy feat z osobna nadaje pojedynczemu utworowi swój unikalny charakter. Biorąc na tapetę całość, Mr. Happy de facto nie ma słabych momentów. Nie ma niczego, co wygląda jak zapychacz, wszystko jest na swoim miejscu i nic nie brzmi ,,out of context”. Wielowymiarowość jest tutaj drugą, równie ważną kwestią – spektrum nastrojów jest szerokie. Począwszy od bardzo luźnego i spontanicznego ,,O.C.O.C.H.O”, przez niebywale emocjonalny ,,Guinness”, bardziej atmosferyczny oraz chillowy ,,Caps Lock” i ,,Wakey Wakey”, po truskulową, jak i ciężką ,,Ketę” (którą wiele osób upatrzyło sobie jako faworyta z płyty). Całkiem imponujące, jednocześnie być różnorodnym i tworzyć przy tym nierozłączną całość. To sprawia, iż w ostatecznym rozrachunku nie wieje tu nudą, a zarzuty o jakąkolwiek monotonię można wyrzucić do kosza.

Kilka słów na koniec

Mr. Happy to bardzo równa płyta. To jej największa siła, a co najlepsze, nie ma za bardzo czego się czepiać. Fakt, nie jest to najbardziej ambitny album, lecz to nie jest wada – piękno tkwi w prostocie. A łącząc ze sobą wszystkie składniki oraz aspekty, mamy do czynienia z monolitem. Te pół godziny spędzone z nią nie męczą, są przyjemne i wartościowe. Ogólnie, nie w skali roku. A myślę, że to ważne, bo ostatnio nam, słuchaczom, zaczyna się udzielać niezły syndrom odniesienia i coraz to bardziej obniżamy swoją poprzeczkę. W tle powiedziano to już zapewne milion razy, ale powiem to po raz kolejny – brakuje takich rzeczy. Jeśli mam czegoś życzyć polskiemu środowisku rapowemu, to na pewno będzie to większa ilość takich projektów. Neo-boombap, co prawda, powoli szturmuje salony, ale nadal nie jest chociaż w połowie tak treściwy i charakterny jak rzeczy starszych wyg. No ale mniejsza, czas pokaże.

Zeen is a next generation WordPress theme. It’s powerful, beautifully designed and comes with everything you need to engage your visitors and increase conversions.

Więcej?
Klubowy hit za hitem – recenzja “Bajek Na Dobranoc” Mr.Polska