fbpx

„Poczułem się spoliczkowany” – recenzja SOUND ’75 od ksiaze

Choć cytat w tytule może na to nie wskazywać, wydaje mi się, że jak na słuchacza trapu znalazłem całkiem sporo pozytywów w SOUND ’75.

Żeby nie było nieścisłości – ten album to są wybitnie nie moje brzmienia. Ja takiej muzyki na codzień nie poznaje, nie digguje, nie słucham. Niemniej lubię na redakcyjnym rozdawaniu recenzji szarpnąć się na ksywkę, której bez zmuszenia się bym nie odpalił, tak o, żeby poszerzyć horyzonty. Ciężko mi się obracać w krytyce tego dzieła, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie mam porównania do innych wykonawców tych podgatunków. Jeśli mój brak osłuchania zbytnio zaważył na spostrzeżeniach – przepraszam. Wychodzę jednak z założenia, że mało wśród naszych czytelników można znaleźć słuchaczy tych mroczniejszych nurtów polskiej sceny, a śmiem twierdzić, że nasze gusta wręcz mogą się pokrywać. Dlatego więc czytacie recenzję płyty zupełnie odbiegającej od obecnego mainstreamu, widzianej oczami kogoś, kto od dwóch dni nuci refren „Plasmy” Waca. Postaram się być tak rzeczowy jak tylko potrafię!

Czego by nie mówić o muzyce, to graficznie wszystko się zgadza!

Na początek wypada jednak choć trochę przybliżyć klimat, jakiego dostarcza nam SOUND ‘75. Nie stara się ten krążek nawet udawać, że ma coś wspólnego z rapem, za co oczywiście propsy. Co prawda produkcyjnie mamy głównie gitarkowe cloudy, czasem ustępujące energiczniejszym, rockowym perkusjom, jednak sam ksiaze nie spuszcza z tonu ani na moment i uparcie śpiewa cały album. Bardzo przepraszam Was za moją ignorancję względem podgatunków rocka i metalu, ale nie jestem w stanie powiedzieć Wam dokładnie z jakich gałęzi czerpane są inspiracje. Z pomocą przyszedł mi sam autor, twierdzący, że jego muzyka to mieszanina takich nurtów jak „grunge, punk, post-punk i hardcore’owy styl zaczerpnięty z estetyki punkowych plakatów”. Być może coś w tym jest, ja jednak podejdę do tego okiem hip-hopowca, dla którego są to cloudowe gitarki albo rockowe perkusje.

Za równą połowę produkcji odpowiada zawodnik LTE Boys – młody yerba, który dodatkowo położył gościnną zwrotkę na jednym z numerów. Poza tym na trackliście mamy po jednym bicie od blind.screama, Nevaeh, Unholy’ego, Spopielonego oraz Tahilixa, a kolejną gościnkę dodał mały elvis. Powiedzieć, że jest spójnie to mało powiedzieć, ponieważ na dziesięć numerów tylko jeden jest pozbawiony obecności gitary, albo to akustycznej, albo elektrycznej. Nikt raczej nie spodziewał się po ksiaze wesołej płyty, ale dla rzetelności muszę to napisać – jest nostalgicznie, tęsknie i smutno, a to głównie za sprawą dobrze czujących klimat producentów, u których nie mam się w zasadzie do czego przyczepić. Trochę nie zgadzały mi się z klimatem te agresywne 808’ki od blind.screama na refrenie „wiosny”, ale to już czepialstwo.

Czysto technicznym potknięciem jest moim zdaniem mix otwierającego SOUND ’75 utworu „i dont feel myself (where i am)”, gdzie grana przez samego podpisanego gitara nieco nie pozwala wybrzmieć wokalowi. Być może był to zabieg celowy, mi samemu utrudnił on jednak odbiór intra. Najbardziej za serce chwycił mnie za to Nevaeh, znany między innymi ze współpracy z Czeluścią. Czuć w jego produkcji pewien kunszt i wymuskanie w aranżu. W ogóle numer „mają bardzo ostre języki” to moim zdaniem najmocniejszy punkt całego projektu. Pozbawiony jest chyba zupełnie mankamentów jakie muszę niestety wytknąć gospodarzowi. 

Ksiaze – Wiosna Lyrics | Genius Lyrics
No fajne są te arty!

Po pierwsze, ksiaze śpiewa. Idzie mu to, momentami świetnie, zdarzają się pięknie grające dwugłosy, przemyślane chórki, niemalże wszechobecny jest mocny reverb, odpuszczający dopiero przy energiczniejszych utworach. I to sobie gra, naprawdę, wyżej wspomniany utwór jest rzekłbym imponująco dobry pod tym względem. „limbo”, „924 gilman street” czy tajemnicze „zuckerguss vom gropiusstadt” też nie pozostawiają wiele do życzenia. Jest ujmująco, a nawet – choć może to nie przystoi muzyce chcącej być post-punkiem – ładnie. Problem zaczyna się już przy „wiośnie”. Nie wiem, czy to przez barwę głosu, czy może przez jakąś niepewność w wydobywaniu dźwięków, ale refren wchodzi z pewnym wyraźnym zgrzytem, który lubi wracać w niektórych partiach wokalnych. Podobnie w „raz śpię raz nie”, gdzie podjęto próbę przerwania dołującego klimatu, poprzez przyspieszenia tempa i nieco energiczniejszy śpiew, który jakby balansuje na granicy fałszu zostawiając nieprzyjemne wrażenie, jakby wokalista połasił się na nieco zbyt trudne dla niego rejestry.

Ostatecznie moją wiarę w powagę tego projektu bezlitośnie wręcz podciął numer „interlude”. Podczas pierwszego odsłuchu tego tracku miałem wrażenie jakbym znalazł się na podstawówkowym pokazie talentów, a do mikrofonu dobrała się zestresowana koleżanka, która pomimo braku słuchu muzycznego obdarzona została wielkimi ambicjami, każącymi jej fałszować „Mam tę moc” przed całą szkołą. Zupełnie nie wiem jakim prawem ten utwór utrzymał się na trackliście w takiej formie.

Kolejna kwestia to liryka, której to temat do tej pory starałem się omijać. Jest ona jedną z największych drzazg w całej polskiej muzyce ogólnie, a ten album wcale nie jest pod tym względem wyjątkowy. Przez większość czasu autor opowiada nam o tym, że mu źle, że ktoś mu wyrządza krzywdę, a w sumie to on chyba tej krzywdy potrzebuje. Pełno tutaj opisów jego autodestrukcyjnego podejścia do życia, aluzji do samobójstwa, a właściwie nie aluzji, tylko bezpośredniego wyrażania takowego zamiaru. Być może wypadałoby podjąć się dogłębniejszej analizy tekstów, jednak trochę zniechęcają do tego wersy wywołujące uśmiech politowania jak aspirujące do najambitniejszej gierki słownej SOUND ‘75 „Na heroiczne czyny brakuje heroiny, // wiesz? Bo ja nie wiem, chyba się jebię” albo singlowa „Szklanka zimna jak samotność, która odwiedza me okno // Proszę usiądź na chwilę, powspominajmy te, w których żyję”. Ale dobra, bez zbędnej szydery, wszak sam przywoływałem nowy singiel Waca we wstępie.

Problemem tych wszystkich nihilistycznych wersów jest to, że sam autor zdaje się w nie nie wierzyć. Jego wokal pozbawiony jest momentami emocji mogących wskazywać na to, że faktycznie przeżywa to, o czym śpiewa. Na YouTubie pod klipem zawierającym cytat o samotności z akapitu wyżej możemy znaleźć komentarz producenta, w którym zaprasza ksiaze na piwo. Ja naprawdę próbowałem się wczuć, w to co zostaje nam tu przekazane, bo w końcu skądś się te teksty musiały wziąć. Nagle jednak wymierzono mi siarczysty policzek, którego nie wybaczę. W przedostatnim na trackliście „stresie” nie wiem dlaczego nasz śpiewak postanawia rzucić wers: „Lubię dużo płakać, nawet jak jest okej”. Serio? Ta linijka zburzyła jakąkolwiek autentyczność, na którą mógł nabrać się słuchacz, a żeby tego było mało zaraz po niej następuje sekwencja: „Ja i mały elvis, zawsze blisko śmierci, chodź się z nami zabić, ból jest taki piękny”. W połączeniu z beztroskim wokalem, z którego żadnego bólu nie czuć, brzmi to wszystko jak kpina z faktycznych problemów psychicznych i skłonności samobójczych. Wokalista niemalże przyznał się do tego, że jego smutek jest udawany na potrzeby wizerunku. Bruh!

Trzeba przyznać, że SOUND ‘75 ma swoje momenty. Ksiaze nie jest totalnym amatorem, ma bardzo uzdolnionych muzycznie znajomych, sam potrafi zaprezentować imponujące umiejętności. Z jakiegoś jednak powodu lubi potknąć się o własne nogi albo zagubić w narracji, przez co słuchając tego albumu ciężko obejść się bez zgrzytów. Możecie spróbować podjęcia się tego projektu. Być może wśród tych ładniejszych refrenów i gitarowych riffów odnajdziecie coś, co Was przyciągnie, jest to jak najbardziej możliwe. Mnie jednak koniec końców nie kupuje mnie ten projekt, wolę smutać przy dużo bardziej wysublimowanym i dopieszczonym Karianie i najwyżej czekać na kolejne ruchy ksiaze.

Zeen is a next generation WordPress theme. It’s powerful, beautifully designed and comes with everything you need to engage your visitors and increase conversions.

Więcej?
#hot16challenge2 – najlepsze szesnastki ubiegłego tygodnia #1