fbpx
fot. Mikołaj Wawrzak

Ile u Miłego ATZ luzu i dystansu, a ile braku dyscypliny? – recenzja „Czarnego Swingu”

Od okresu prime-time’u Wuzeta minęło już parę ładnych lat. Polski hip-hop od tamtej pory czekał na pełnoprawnego reprezentanta vibe’u prosto z Wielkiej Brytanii, który swoim projektem mógłby tchnąć w scenę powiew świeżości. Romansów z UK sound było u nas wiele, to też grunt pod zasianie tego stylu stał się idealny. Podłoże te zostało wreszcie wykorzystane. Odpowiedź na pytanie, czy zostało wykorzystane odpowiednio, budzi jednak wiele wątpliwości.

Cała moja sympatia do Miłego oparta jest na dwóch głównych filarach. Pierwszy z nich to moje zamiłowanie do brzmień z Wielkiej Brytanii, które potrafi rzucić z mistrzowską precyzją na polskie osiedla. Drugi to ich fuzja z „Knapowym” luzem i nutką niedbałości prosto z Gdyni (tutaj puszczam oczko w kierunku miłośników Undastylu). Jego muzyka przesiąknięta jest luzem jaki może mieć tylko „miejski włóczykij”, spisujący swoje oblane piwem przemyślenia na kartkach. Takie podejście słuchacza przyciąga. Szczególnie w momencie, kiedy polska scena to wyścig szczurów i przywykliśmy już do toczonej piany z pyska, która świadczy o tym, jak każdy chce „więcej i więcej”. Takie podejście z drugiej strony mocno trapi mnie jednak jako słuchacza. Bo ile w tym luzu i dystansu, a ile niedbałości i braku samodyscypliny?

Gdybym nie znał techniki pisania wersów i rymów przez Atezeta, pomyślałbym, że sekwencja Bling/swing/ring/drink/klik/nikt na Czarnym Swingu, to jechanie już na małym kulcie, jaki się wokół niego wytworzył. Tworzenie czegoś na pograniczu zachowania własnego stylu, a chęci sprzedania singla jako produktu. Chociaż Miły rzuca często tak przewidywalne rymy, nawija je w sposób nieinwazyjny – „nie boli to mocno w uszy”. Jednak po przesłuchaniu znacznej części płyty daje się mocno we znaki i zaczyna drażnić. Pomijając niezbyt wyszukaną technikę rymowania, to i ciekawych wersów deficyt. Tematyka płyty jest mocno okrojona, żeby nie powiedzieć uboga, i krąży wokół banałów oraz lekkiej przewózki. Odbierać to można dwujako. Z jednej strony to przecież Miły – MC, który może sobie na to pozwolić – wszak to jego luźny styl. Z drugiej strony należy poważnie przemyśleć fakt, że ten sam MC nie ma momentami nic ciekawego do powiedzenia. Oprócz chwytliwych sekwencji na refrenach, ciężko przywołać mi jakiś “soczysty” wers z płyty i to niestety mocno martwi.

Żeby nie było – tak proste rymy i wersy też trzeba umieć składać, aby kleiło się to trudnych produkcji. Atutowy stworzył bity będące esensją muzyki ulic Londynu. Wyszczekane Blabla jest najjaśniejszym punktem płyty, którym Miły jednocześnie udowadnia posiadany pazur i odbija piłeczkę zarzucającą braki charyzmy. Umówmy się – wersy nadal poskładane są prosto, jednak ciekawie koncepcyjnie. Produkcje na płycie wymagają od rapera doświadczenia i wyrobionego latami warsztatu. Styl Miłego, chociaż braki posiada, jest stylem, którego szukaliśmy ze świecą. Potencjalnie prosta i schematyczna chwilami nawijka, jest efektem ogromnej pracy nad opanowaniem produkcji „atutowego” dzieła. Jest niepodrabialna i unikatowa, czyniąc Miłego graalem polskiego hip-hopu.

Produkcyjnym graalem polskiego hip-hopu stał się również wyżej wymieniony Atutowy. Przeniósł UK sound do Polski z mikroskopijną dokładnością, stając się narodową twarzą tych brzmień. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest nieco większym wygranym tego projektu niż Miły. Potrzebował tego albumu. Potrzebował stworzyć krążek z ambitnym, przebijającym się raperem w duecie, z którym będzie mógł zaznaczyć swoje miejsce na scenie. Jeśli zacznie napływać do niego masa próśb o kolaborację, to mnie to nie zdziwi. To najbardziej prawdopodobny scenariusz, a Czarny Swingiem stworzył sobie nową drogę. Zaczął z czystą kartą.

Atutowy i Miły ATZ (fot. Mikołaj Wawrzak)

Polemizowałbym czy ta nawijka sprawdzi się jednak „na dłuższą metę”. Atutowy swoimi produkcjami zostawił raperowi ogromne pole do popisu, które zostało wykorzystane zaledwie szczątkowo. Wykorzystane dobrze, ale niedosyt nadal pozostaje i to w formie poczucia pustki. Cieszy fakt, że ta przewidywalnosć jest wciąż klasowa i prezentuje wysokie umiejętności rapera. Smuci to, że Miły zbyt wyraźnie osiada w swojej rapowej strefie komfortu. Album Czarny Swing sprawdza się jako prezentacja atutów artysty i ukazanie co kształtuje rapowe „ja” Miłego. Próżno szukać na nim popisów i eksperymentowania. To idealny moment, żeby ruszyć w Polskę z bardziej ambitnym materiałem, nie ujmując oczywiście ambicji temu!

„ATZ ATZ” nadal może zasypywać sekcje komentarzy. Ten mały hypetrain cieszy, bo scena Miłego potrzebuje bardziej, niż on sam potrzebuje jej. Latami czekaliśmy na taką postać, przed którą czeka jednak dużo poważniejszy sprawdzian i wizja udźwignięcia na plecach narzuconej presji. Czarny Swing jest albumem dobrym, natomiast daleko mu do bycia tworem doskonałym i kompletnym. Co jednak najważniejsze – spełnił swoje zadanie i nad tym nie można dywagować. Czekam na kolejne ruchy z zaciśniętymi mocno kciukami. ATZ ATZ!

Zeen is a next generation WordPress theme. It’s powerful, beautifully designed and comes with everything you need to engage your visitors and increase conversions.

Więcej?
Analiza „Kfuc! Kfuc!” Adiego Nowaka [W04]