fbpx

Lil Mosey – “CERTIFIED HITMAKER”, recenzja

Lil Mosey, a właściwie Lathan Echols, to artysta, którego kariera poszybowała w górę dosłownie rok temu. Wypromowany przez Cole Bennetta, znanego jako Lyrical Lemonade, szybko stał się bardzo rozpoznawalny wśród innych młodych raperów, a to wszystko za sprawą jego bardzo charakterystycznego stylu. Otóż muzyka Moseya nie ma na celu skłonić nas do głębszych refleksji, jego muzyka nie ma dawać nam niczego prócz energii i radości podczas odsłuchu nowych projektów. Naszego młodego, bo zaledwie siedemnastoletniego rapera, można przyrównać do początkowej kreacji Chrisa Browna z okresu 2012-2015 roku. Tutaj aby każdy dobrze mnie zrozumiał – nie chodzi mi o warsztat wokalny czy kopiowanie artysty, a zwyczajnie inspirację stylem muzycznym /, co ma nam dać pewien obraz czym właściwie jest twórczość Lil Moseya.

Pierwszy jego album przyjąłem bardzo ciepło, pomimo tego że był on monotonny pod względem technicznym oraz produkcyjnym, to jednak przebaczało się to ze względu na dobre i spójne brzmienie całości oraz sam fakt, że był to po prostu początek i pierwszy większy projekt od młodego Lathana. Wobec drugiego studyjnego albumu oczekiwałem już znacznie więcej. Liczyłem na to, że wraz z rozwojem kariery oraz zasadniczo bardzo dobrym odbiorem pierwszego albumu przez słuchaczy, jak i krytyków Mosey dostarczy nam coś kompletnie nowego na następnym projekcie. W końcu po roku czasu i licznych zapowiedziach otrzymaliśmy pierwsze single promujące “Certifield Hitmaker”. Właśnie wtedy zrozumiałem pewną rzecz, która dokładnie opisuje twórczość tego artysty. Gdy odsłuchałem pierwszy singiel “G Walk”, z gościnnym udziałem Chrisa Browna, czułem się jakbym znów dostał to samo co rok temu, tylko w ładniejszej otoczce. Oczywiście nie skreśliło to mojej nadziei wobec całego albumu, aż do momentu otrzymania drugiego singla zatytułowanego “Stuck In A Dream”, gdzie swoją zwrotkę dorzucił Gunna. Zasadniczo po drugim singlu moja nadzieja na coś “nowego” runęła niczym Kartagina po podboju Rzymian. Nie chodzi tutaj o to, że te single są złe, że Mosey poszedł kompletnie w ilość, nie patrząc na jakość, co jest teraz bardzo popularnym zjawiskiem wśród artystów. Otóż sprawa jest banalnie prosta. Moja wizja na ten album kompletnie zniknęła, gdy po wspomnianym drugim singlu uświadomiłem sobie jakim artystą na chwile obecną jest Lathan. Chłopak ma zaledwie siedemnaście lat, więc już sam wiek od razu powinien zarówno mi, jak i wszystkim sprawdzającym “Certefield Hitmaker” nasunąć pewną myśl. Nie ma tutaj sensu spodziewać się głębi czy czegoś co będziemy w stanie zestawić z “Ta13oo” od Denzela lub “Father of 4” od Offseta. Mosey po prostu robi to, co najlepiej potrafi. Tworzy muzykę, którą chce, a jego kreacja jest wyrażona w tym jak tworzy swoje utwory, czego dowodem jest najnowszy album.

Czym zatem jest najnowszy studyjny projekt od naszego wesołego rapera? No właśnie po prostu wesołą i energiczną odskocznią od tego, co ostatnio dostajemy zza oceanu. Ten album ma dać nam po prostu radość ze słuchania, zarówno gdy puścimy go sobie gdzieś w trasie w samochodzie, czy na słuchawkach, czy nawet w tle zajmując się czymś innym. Autentycznie dawno żaden album nie dał mi takiego spokoju podczas odsłuchu. Dodatkowo śmiało mogę porównać ten krążek do tego, co zrobił Kid Ink wydając cztery lata temu “Summer In The Winter”. Przy obecnej jesiennej atmosferze ten projekt odnajduje się idealnie – tak jak wspomniane “lato” od Kid Inka. Gdybym otrzymał od Moseya taki materiał w okresie wakacyjnym, zapewne pominąłbym go po pierwszym odsłuchu. Jednak gdy otrzymuje go teraz, w okresie gdzie zarówno pogoda, jak i ostatnie projekty, jakie otrzymujemy nie napawają nas radością, w pełni kupuję i z uśmiechem biorę do serduszka to, co otrzymałem. Całość oraz poszczególne single są jak maraton waszej ulubionej kreskówki, na który akurat trafiliście w zimowy poniedziałek, gdy jako dzieciaki wracaliście ze szkoły prosto przed telewizor. Dodatkowo na plus świetnie wypadają tutaj goście – wspomniany już Chris Brown czy Gunna, ale również Trippie Red, który od pewnego czasu znów stał się słuchalny i znów eksperymentuje, a nie tylko smutno i niezrozumiale bełkocze.

Oczywiście płyta ma też swoje gorsze strony. Jej największym minusem jest monotonność i nie chodzi tutaj o styl Moseya, bo taki obecnie jest jegourok, że po prostu brzmi na każdym utworze tak samo. Jeżeli uważacie, że Quavo na swoim solowym projekcie miał w większości jeden i ten sam bit lub, że wcześniejszy materiał “Northbeast” od Moseya był miałki pod względem produkcji, tak tutaj będziecie mieli wrażenie, że słuchacie jednego utworu cały czas. W pełni rozumiem, że raper odnajduje się w jednym konkretnym stylu, ale większość podkładów tutaj brzmi jak “Happy Rich The Kid x Tory Lanez Type Beat”, z kilkoma wyjątkami. Pocieszeniem jest fakt, że sam raper świetnie na nich brzmi, przez co już przy drugim odsłuchu nie zwraca się na to takiej uwagi. Przy pierwszym zetknięciu z tym albumem przez parę minut nie zorientowałem się, że przeskoczyłem już trzy numery – tak podobne do siebie były. Drugą gorzej wypadającą rzeczą na tym albumie jest jego długość, ale nie przez ilość utworów, ale ich długość. Średnia czasowa na jeden kawałek to około dwie i pół minuty. Dla jednych oczywiście nie będzie to żaden, problem jednak dla mnie niektóre utwory są tak dobre, że po prostu czuje się niedosyt. Cały album śmiało idzie przesłuchać w ciągu pół godziny i mam w związku z tym pewien dylemat, taki jak chociażby z “Culture” od Migos. Z jednej strony chciałbym, aby był dłuższy, ale z drugiej strony nie wiem czy gdybym dostał jeszcze trzy lub cztery utwory na “jednym” patencie zarówno wokalnym jak i produkcyjnym, to nie uznałbym tego albumu za nużący i zrobiony na ilość, a nie na jakość.

Podsumowując album zapewne nie odbije się jakoś wysoko na Bilbordach, nie mamy tutaj żadnego mocnego singla, który byłby w stanie wypromować cały projekt. Utwór z udziałem Gunny to za mało. Mosey dostarczył nam bardzo przyjemną i radosną odskocznie od tego jesiennego, ponurego i depresyjnego klimatu, jaki nas obecnie otacza. Pomimo bardzo słabego dopracowania pod względem produkcyjnym raper ratuje wszystko swoim bardzo specyficznym, monotonnym, lecz niesamowicie wesołym stylem. Nie ukrywam, że “Certefield Hitmaker” jest dobrym albumem, a jeszcze lepszą kontynuacją wcześniejszego “Northbeast”. Warto podejść do tego projektu chociaż raz, oczywiście mając z tyłu głowy, że nie jest to materiał studyjny na miarę nowego Travisa Scotta, DaBabyego czy J.Cola, a po prostu jako delikatną i spokojną płytę od siedemnastoletniego rapera, który właściwie dopiero zaczyna swoją karierę. Na pewno jest to album warty uwagi, jeden z lepszych projektów jakie dostałem w tym roku.

Zeen is a next generation WordPress theme. It’s powerful, beautifully designed and comes with everything you need to engage your visitors and increase conversions.

Więcej?
Lil Darkie – król podziemia, od kiedy opuścił je Denzel Curry. Podziemny checkout #1